Susza coraz mocniej uderza w gospodarkę
2026-08-31
Susza przestaje być wyłącznie problemem środowiskowym, jej koszty ponosimy już jako konsumenci, przedsiębiorcy i podatnicy – tłumaczy nam Ewa Świerkula z Instytutu na rzecz Ekorozwoju. Tegoroczne dane pokazują, że skutki niedoboru wody są widoczne nie tylko
w przyrodzie. Gminy apelują o ograniczenie zużycia wody, a mieszkańcy coraz częściej obserwują wysychanie jezior i cieków wodnych. Eksperci ostrzegają, że problem, który trwa od lat, może generować coraz wyższe koszty gospodarcze i społeczne.
Susza trwa od lat i coraz mocniej daje się we znaki
Autorzy projektu „Kropla wiedzy, czyli zmiana postaw społecznych poprzez niebiesko-zielone szkoły w Polsce Wschodniej”
zwracają uwagę, że susza hydrologiczna, uznawana za najbardziej odczuwalny skutek zmian klimatu w Polsce, trwa już od dekady i stopniowo się nasila. Tegoroczne lato przyniosło kolejne niepokojące sygnały. 28 czerwca IMGW odnotował w Kołudzie Wielkiej temperaturę
40,6 st. C, najwyższą w historii pomiarów prowadzonych w Polsce. Tego samego dnia rekordy padły również w Słubicach i Toruniu. W Białymstoku temperatura sięgnęła 37 st. C, a w Lublinie i Rzeszowie 38 st. C. W stolicy Podkarpacia do końca sierpnia odnotowano
22 dni z temperaturą wynoszącą co najmniej 30 st. C.
Zmiany widać także w terenie. Z badania przeprowadzonego na potrzeby projektu wynika, że 65 proc. mieszkańców województw podlaskiego, lubelskiego i podkarpackiego obserwuje wysychanie rzek i jezior w swoim sąsiedztwie. Zdaniem Ewy Świerkuli z Instytutu na rzecz Ekorozwoju, nie jest to wyłącznie problem estetyki krajobrazu czy funkcjonowania ekosystemów.
– Wysychanie rzek i jezior świadczy o tym, że opady nie uzupełniają dostatecznie zasobów wód powierzchniowych. Jeżeli
suche sezony się powtarzają, wolniej odnawiają się także wody podziemne, z których pochodzi około 70 proc. wody pitnej w Polsce. Gwałtowne ulewy niewiele tu zmieniają, ponieważ duża część wody szybko odpływa, zamiast wsiąkać w ziemię – wyjaśnia nam ekspertka.
Apele o ograniczenie zużycia wody
Jak wskazuje Świerkula, pierwsze skutki suszy widoczne są już w codziennym funkcjonowaniu wielu samorządów.
– Jeżeli przez ograniczenia rozumiemy zakazy podlewania ogrodów, napełniania basenów czy mycia samochodów wodą z sieci, to mają one miejsce w setkach polskich gmin. Wystarczy spojrzeć na mapę apeli o ograniczenie zużycia wody wodociągowej prowadzoną od 2019
roku przez portal Świat Wody – tłumaczy.
Dane przytoczone w projekcie pokazują, że 625 gmin wydało już apele o ograniczenie zużycia wody. Nie oznacza to całkowitego braku wody, ale problemy z wydajnością lokalnych systemów wodociągowych. Ekspertka zwraca uwagę, że dalsze konsekwencje mogą być bardziej
dotkliwe.
– Możliwymi dalszymi skutkami są spadki ciśnienia i wysychanie prywatnych studni, a w skrajnych przypadkach okresowe przerwy w dostawach. Nie jest to wynik wyłącznie suszy. Znaczenie mają rodzaj ujęcia wody oraz stan i wydajność sieci wodociągowej. W miejscowościach
korzystających z płytkich ujęć podziemnych lub niewielkich, już przeciążonych wodociągów skutki mogą się ujawnić w ciągu jednego wyjątkowo suchego sezonu – podkreśla Świerkula.
Dodatkowym sygnałem ostrzegawczym są dane Państwowego Instytutu Geologicznego. W lipcu 2026 roku zagrożenie dla rezerw wód podziemnych występowało w 26 proc. badanych punktów, głównie we wschodniej i północno-zachodniej Polsce.
Niski poziom rzek wpływa na energetykę i przemysł
Zdaniem ekspertki coraz trudniej traktować suszę wyłącznie jako problem środowiskowy. Jej skutki są coraz bardziej widoczne w gospodarce. Według danych IMGW już w maju 75 proc. polskich rzek notowało niski stan wody, a kolejne 23 proc. stan średni. W wielu miejscach oznaczało to problemy z zaopatrzeniem w wodę przemysłu i gospodarki komunalnej.
Najbardziej spektakularnym przykładem były ograniczenia produkcji energii w elektrowniach w Kozienicach i Połańcu. Zbyt niski poziom Wisły wymusił wyłączenie z systemu około 1,3 GW mocy. Jak podkreśla Ewa Świerkula, podobne sytuacje mogą generować coraz większe
koszty gospodarcze.
– Susza przestaje być wyłącznie problemem środowiskowym. Jej koszty ponosimy już jako konsumenci, przedsiębiorcy i podatnicy. Najbardziej bezpośrednio widać to w rolnictwie. Według raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w latach 2004–2020 straty powodowane
przez susze w polskim rolnictwie wynosiły średnio od 3,9 do 6,5 mld zł rocznie – wskazuje ekspertka.
– Ponadto ponad 55 proc. powierzchni Polski znajduje się w zasięgu poważnego zagrożenia suszą. Mniejsze plony oznaczają nie tylko straty dla rolników, ale również większą presję na ceny żywności i bezpieczeństwo jej dostaw – dodaje.
Koszty suszy trafią do rachunków gospodarstw domowych
Ewa Świerkula zwraca uwagę, że problem dotyczy znacznie większej części gospodarki niż samo rolnictwo.
– Niedobór wody może ograniczać produkcję przemysłową i energetyczną, zwiększać koszty zaopatrzenia w wodę i wymuszać kosztowne inwestycje w infrastrukturę. Jednocześnie niski poziom rzek i wysychanie gleb oznaczają straty w ekosystemach, które pomagają nam
magazynować wodę i łagodzić skutki upałów – podkreśla i zaznacza, że społeczne skutki suszy będą odczuwalne „bardzo konkretnie”.
– Koszty społeczne odczujemy więc bardzo konkretnie: w cenach żywności, kosztach wody i energii, stratach przedsiębiorstw i gospodarstw rolnych, a lokalnie również w ograniczeniach korzystania z wody. Ostatecznie przełożą się one na rachunki gospodarstw domowych,
bezpieczeństwo energetyczne i jakość życia mieszkańców – wymienia.
Wodę trzeba zatrzymywać tam, gdzie spada
Zdaniem Ewy Świerkuli jednym z największych problemów pozostaje nie tylko ilość opadów, ale sposób gospodarowania wodą.
– Problemem Polski jest dziś nie tylko ilość opadów, ale ich nierównomierny rozkład oraz niewystarczająca zdolność zatrzymywania wody tam, gdzie spada. Im dłużej odkładamy działania zwiększające odporność na suszę, tym więcej będziemy wydawać na usuwanie jej
skutków – ostrzega i podkreśla, że potrzebne są działania na poziomie lokalnym.
– Najważniejsza zasada jest bardzo prosta: wodę trzeba zatrzymywać tam, gdzie spada, zamiast jak najszybciej odprowadzać ją do kanalizacji i rzek. Dlatego potrzebujemy nie tylko dużych zbiorników, ale przede wszystkim tysięcy małych działań rozproszonych po
całych miejscowościach – wskazuje.
Według Świerkuli samorządy mogą chronić mokradła, doliny rzeczne i tereny zielone, ograniczać uszczelnianie powierzchni oraz rozwijać ogrody deszczowe, niecki retencyjne czy zbiorniki na deszczówkę. Podobne rozwiązania mogą wdrażać szkoły, a mieszkańcy zbierać
deszczówkę, sadzić drzewa i ograniczać powierzchnie pokryte nieprzepuszczalnymi materiałami.
– Pojedyncze działanie nie rozwiąże problemu suszy, ale jeśli takie rozwiązania staną się standardem w tysiącach szkół, domów i przestrzeni publicznych, ich łączny efekt będzie znaczący – podsumowuje ekspertka.
Autor: Maciej Badowski